Reklama

W puławskim szpitalu zmarł ksiądz zakażony koronawirusem. Rodzina: chcemy normalnego pogrzebu po epidemii

Opublikowano:
Autor:

W puławskim szpitalu zmarł ksiądz zakażony koronawirusem. Rodzina: chcemy normalnego pogrzebu po epidemii - Zdjęcie główne
UDOSTĘPNIJ NA: UDOSTĘPNIJ NA:

Przeczytaj również:

Kultura - Gdy został księdzem i przyszedł ktoś do niego, czy to zamówić ślub, czy pogrzeb, zawsze dłużej z nim posiedział, porozmawiał, pogratulował, albo złożył kondolencje. Często przytulił i pocieszył dobrym słowem. - Zasłużył sobie jak mało kto na godny pogrzeb - mówią najbliżsi pochodzącego spod Lubartowa ks. Henryka Borzęckiego.

Nad ranem, 24 marca, w szpitalu w Puławach zmarł ksiądz Henryk Borzęcki. Kapłan zaraził się koronawirusem SARS-CoV-2 prawdopodobnie od uczestniczki pogrzebu, która wróciła z Włoch. W puławskim szpitalu przebywał od 18 marca.

Taki ciepły, dobry człowiek
Przez niemal trzydzieści lat pełnił duszpasterską posługę jako proboszcz parafii Białopole w powiecie chełmskim. Urodził się w Lubartowie 20 lutego 1952 r. i zawsze z przyjemnością wracał w rodzinne strony. 

 Wychował się w rodzinie wielodzietnej jako jeden z ośmiorga dzieci państwa Borzęckich ze Szczekarkowa. Z najbliższej rodziny została ich już tylko trójka - siostra Ewa i brat Janusz z rodzinnego Szczekarkowa oraz siostra Anna na stałe mieszkająca z rodziną w Holandii. Nie żyją już rodzice duszpasterza i pozostała czwórka rodzeństwa - Maria, Izabela, Zbigniew i Jadwiga.Śp. księdza wspominają pogrążeni w żałobie brat Janusz Borzecki i szwagier Henryk Kubera z żoną Ewą.

 - Znaliśmy się od zawsze, bo ja też wychowałem się w Szczekarkowie. Byliśmy dobrymi kolegami, a potem nasze drogi rozeszły się. Henryk został księdzem, takie miał powołanie - mówi Henryk Kubera. - Ożeniłem się z jego siostrą i zostaliśmy rodziną. Gdy tylko znalazł czas, przyjeżdżał w rodzinne strony. Kiedy był sam na parafii, to wpadał, chociaż na kilka godzin, żeby zobaczyć się z matką. Pamiętał o jej imieninach, nie zapominał o bliskich w święta. Ciągnęło go w rodzinne strony, ale z wolnym czasem różnie bywało, jak to u księdza. 24 godziny na dobę służy parafianom - zamyśla się pan Henryk.

- Jak już zaczął posługiwać w parafiach, to we wsi był gościem. Wszyscy go znali, on wszystkich znał i zawsze porozmawiał, gdy kogoś spotkał na swojej drodze - dodaje.

- Jak nie ja jeździłem do niego, to on do mnie przyjeżdżał. - Wpadnę, odwiedzę Cię, dobrze i na parę godzin - mówił. I zawsze był - wspomina brat zmarłego. - Albo my do niego jechaliśmy. Jak nie mógł przyjechać, to chociaż dzwonił. Pamiętał o rodzinie, zawsze chętnie wracał do korzeni. Taki ciepły, dobry człowiek...

 

 

(…)

Więcej w elektronicznym (CZYTAJ TUTAJ) i papierowym wydaniu Wspólnoty (dostępnym w punktach sprzedaży).

UDOSTĘPNIJ NA: UDOSTĘPNIJ NA:
wróć na stronę główną

ZALOGUJ SIĘ - Twoje komentarze będą wyróżnione oraz uzyskasz dostęp do materiałów PREMIUM.

e-mail
hasło

Nie masz konta? ZAREJESTRUJ SIĘ Zapomniałeś hasła? ODZYSKAJ JE